W rządowych limuzynach jest – i to łącznie z kierowcami – zaledwie kilkanaście osób.
Jedziemy nowo pobudowanymi autostradami, gdy na chwilę stoimy w korku, zdanie trzeba powtarzać dwa razy, by zostać zrozumianym. Ale w zestawieniu z szalejącą na zewnątrz rozdzierającą płaszcze wichurą i tak jest tu spokojniej. Na tylnim siedzeniu BMW 7 premier Donald Tusk odpoczywa po kilkugodzinnej wizycie w Małopolsce. Wizycie, którą najlepiej oddaje chyba stare i nieco złośliwe określenie "gospodarska". Kończy się pierwsza od miesiąca wyprawa poza Warszawę. Ale Tusk myślami wydaje się już być w swoim gabinecie. W krótkiej rozmowie z reporterem stwierdza aluzyjnie, że nie wie, jak jego poprzednikom udawało sie tak dużo podróżować po kraju i zarazem solidnie pracować. Obecnemu premierowi wydaje się to niemożliwe. "Tak dużo jak teraz pracowałem tylko na początku lat 90. Czuję różnicę wieku. To ciężki urząd. Rozumiem, dlaczego Piłsudski mówił, że tak można tylko przez rok robić. Ja chcę oczywiście dłużej, ale zobaczymy" – mówi premier.
Z zegarkiem w ręku
Ochroniarz podaje ciepły posiłek. Ale Donald Tusk nie zdąży już go zjeść, zdąży połknąć tylko kilka kęsów. Za chwilę limuzyny dojadą na miejsce. Jest 18.40. Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie – trzy godziny po północy. Czeka go jeszcze lektura wieczornych raportów dziennych, kilka spotkań i potwierdzenie harmonogramu na jutro. Na sam koniec, już w domu, lektura dokumentów lub książki. Następnego dnia premier wstanie dużo później niż większość z nas, w kancelarii pojawi się około godz. 10 rano.
Wszystko niby jest tak samo, ale styl premierostwa Donalda Tuska wyraźnie zaczyna odróżniać się od jego poprzedników. Kalendarz napięty jak zawsze, ale przestrzegany bardziej restrykcyjnie. Media są zapraszane jak zawsze, ale trzymane na dystans dużo bardziej niż za innych premierów. Świta asystentów i funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu niewiele mniejsza, ale za to bardzo wyciszona, zdecydowanie w cieniu. Samochody te same, ale unikające epatowania migającymi światłami i wyjącą sygnalizacją. A na tym tle szef rządu świadomy swej siły i pozycji, raczej nauczający i ogłaszający wolę swojej władzy niż zabiegający o sympatię odbiorców. Słowa "mój rząd zamierza", "mój rząd opowiada się", "mój rząd chce" wypowiada bardzo często.
Twardy administrator
Jednak ambicje Tuska wydają się wykraczać poza budowanie nowego wizerunku. Zresztą ten wizerunek to raczej uboczny efekt stylu rządzenia, jaki wybrał. Stylu kanclerskiego, gabinetowego, trochę z epoki przedtelewizyjnej. Modelu, w którym centrum władzy jest kancelaria premiera, i tam najczęściej, a nie w podróży czy telewizyjnym studiu, można spotkać szefa rządu. Tam odbywają się najważniejsze narady, tam zapadają kluczowe decyzje. Na to miejsce orientuje się cały aparat władzy, który nie ma zresztą wyjścia, bo jest kontrolowany i poddawany ocenie. Jeden ze współpracowników premiera zdradza gazecie, iż szef rządu założył każdemu z ministrów teczkę. – Cały ich stos leży na specjalnej półce w gabinecie Tuska. Każda inaczej oznaczona: MF – Ministerstwo Finansów, MT – Ministerstwo Transportu, MZ – Ministerstwo Zdrowia. Gdy przychodzi któryś z szefów resortów, premier otwiera i sprawdza: o czym rozmawiali ostatnio, do czego zobowiązał się minister, co z tego zrobiono – mówi nasz rozmówca. A Donald Tusk to potwierdza, choć unika słowa "teczki", mówiąc raczej o "dokumentacji poszczególnych ministerstw". Ale najlepiej charakter tej dokumentacji oddaje porównanie ze szkolnym dzienniczkiem.
Właśnie dlatego trwający właśnie przegląd resortów wywołuje u członków Rady Ministrów tak wielkie emocje i strach, jakby byli przed egzaminem. Bo rozmowa jest straszliwie konkretna. Nie o chęciach, programach, zamierzeniach, ale przygotowanych zmianach kadrowych czy w prawie. W rządowych kuluarach można usłyszeć opowieści o dzieleniu się przez ministrów radami, jak sobie poradzić na tym sprawdzianie. – Niektórzy, właściwie wszyscy pocą się przed tymi spotkaniami – opowiada wysoko postawiony informator z kręgów rządowych.
Opowieść o przeglądzie ministerstw – traktowana przez część mediów jedynie jako zabieg marketingowy – jest dla Tuska przedsięwzięciem naprawdę ważnym. I dobrze pokazuje, w jaki sposób zamierza używać władzy – wchodząc w szczegóły, egzekwując zobowiązania, popychając bezwładną z natury administrację. Ręcznie, dzień po dniu, z przekonaniem, iż odpowiedni człowiek plus wola polityczna i determinacja są kluczem do sukcesu. Unika więc premier podejmowania zobowiązań do przeprowadzenia systemowych reform.
Premier zwykłej Polski
A premier nie chce konfliktów. Tnie w kalendarzu czas na wszystko, co odrywa go od urzędowania. "Każde działanie marketingowe wymaga wielokrotnych namów. Premierowi szkoda po prostu czasu, powtarza, że sukces PO nie zależy od częstotliwości jego wyjazdów, ale od skuteczności jego pracy" – przyznaje rzecznik partii. Podobne doświadczenia ma rzecznik rządu: "Bardzo często słyszę: Proszę Pana, ja tu nie jestem, by wizytować, ja tu jestem, by jeździć" – opowiada. Ale kto wie, czy po ostatniej wizycie w Wojniczu w Małopolsce premier nie zmieni zdania. Ciepłe przyjęcie przez radnych tej miejscowości, która w styczniu tego roku otrzymała prawa miejskie, wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera.
I chyba w akcie wdzięczności za ciepłe przyjęcie, chwilę później na konferencji prasowej zorganizowanej w jednej z wojnickich fabryk wśród pachnących farbą, dopiero co wyprodukowanych maszyn drukarskich, wygłosił, po raz pierwszy tak szczerze, swoje credo: Postawiliśmy na zwykłą Polskę. W natłoku pytań mało kto zwrócił na nie uwagę, a kto wie, czy nie jest to jedno z celniejszych określeń projektu politycznego Tuska. Projektu zakładającego polepszenie losu grup, które dotychczas na wzroście gospodarczym i reformach zyskiwały najmniej.
Czy to plan możliwy do zrealizowania? Bo to samo można przedstawić jako zwykłe konsumowanie władzy, korzystanie z niej bez myślenia o budowie nowego państwa, zrywającego dominantę ciągłości z PRL. Coraz częściej na zapleczu rządu słychać głosy, że to nadal cel główny, ale nie w tej kadencji. Że najpierw należy się zająć tym, co da się zrobić w samym rządzie. Co równie dobrze, jak podpowiada doświadczenie innych ekip, może znaczyć, że szans na inne, większe zmiany, ta grupa nie dostanie już nigdy. Tym bardziej że i teraz politycy PO, w tym premier, czasami nie potrafią wytłumaczyć, po co ico dokładnie w danym momencie robią.
Kiedy Donald Tusk stoi przed wąską grupą, doskonale wie, co powiedzieć. Biznesmenom z Wojnicza dał krótki i treściwy wykład na temat sposobów zdobywania unijnych pieniędzy i konieczności rozważenia wydzielenia Warszawy z województwa mazowieckiego – by to ostatnie spadło w rankingu zamożności i dzięki temu było w stanie konkurować o unijne środki.
Wszędzie ten sam ton: Ja jestem premierem, ja wytyczam kierunki, ja rządzę. " Chce być jak Nicolas Sarkozy, kandydat prawicy francuskiej na prezydenta. Tak jak on zamierza być przywódcą silnym, dającym poczucie, iż ogarnia całość spraw, wie, co robić i ma wolę do przeprowadzenia zmian" – ocenia Eryk Mistewicz, doradca wielu polskich polityków. Zdaniem Mistewicza w tę strategię wpisana została pewna niemedialność. "Chodzi o pokazanie, że nie jest mydłkiem sterowanym przez doradców, że ma wizję, która może brzmieć chropawo, ale przez niedopowiedzenia staje się atrakcyjna. Na razie to dość skuteczna strategia, być może dlatego, że dopasowana do charakteru premiera Tuska" – ocenia.
Gabinet przede wszystkim
Już w podróży z Krakowa do Warszawy rzecznik rządu zastanawia się, kiedy znowu premier da się namówić na wyjazd w Polskę. "Pewnie nieprędko, znowu będzie pytał, po co, jak daleko, i narzekał, że chcę marnować jego czas" – martwi się rzecznik. I głośno myśli: Może za miesiąc?
Ale może premier da się przekonać? Panie krzyczące zza płotu liceum w Wojnowie, że "jesteśmy z panem" czy rzucone przez szefa rządu zdanie, iż "czasem podczas takich wizyt musi udawać, że było sympatycznie, ale tu naprawdę tak było" mogą świadczyć o możliwości zmiany stylu. "Wątpliwe, lubi jeździć, ale władzę gabinetową kocha bardziej" – mówi rzecznik rządu.
Na razie wróciła codzienność. Herbata w ulubionej szklance. Narady. Mało efektowne, wręcz skryte w cieniu rządzenie. Oszczędne wypowiedzi, rzadko udzielane wywiady. Czy skuteczne – tego jeszcze nie wiemy. Ale jednego możemy być pewni – to potrwa dłużej, niż się opozycji wydawało. I nie ma mowy o żadnych wcześniejszych wyborach. Po pierwsze, dlatego, że cena tej władzy była zbyt duża, by ryzykować jej oddanie. Po drugie, bo przedterminowe wybory oznaczałyby dziś niemal pewne oddanie rządów. I po trzecie, bo jak mówią wtajemniczeni, Donald Tusk nie po to przeprowadzał siebie do rządowej willi na ulicy Parkowej, by teraz zmuszać rodzinę do kolejnych zmian. Po czwarte – polubił tę pracę, czuje się zadomowiony.
No i blisko do gabinetu. Dosłownie trzy minuty. Można urzędować niemal bez przerwy.
Jedziemy nowo pobudowanymi autostradami, gdy na chwilę stoimy w korku, zdanie trzeba powtarzać dwa razy, by zostać zrozumianym. Ale w zestawieniu z szalejącą na zewnątrz rozdzierającą płaszcze wichurą i tak jest tu spokojniej. Na tylnim siedzeniu BMW 7 premier Donald Tusk odpoczywa po kilkugodzinnej wizycie w Małopolsce. Wizycie, którą najlepiej oddaje chyba stare i nieco złośliwe określenie "gospodarska". Kończy się pierwsza od miesiąca wyprawa poza Warszawę. Ale Tusk myślami wydaje się już być w swoim gabinecie. W krótkiej rozmowie z reporterem stwierdza aluzyjnie, że nie wie, jak jego poprzednikom udawało sie tak dużo podróżować po kraju i zarazem solidnie pracować. Obecnemu premierowi wydaje się to niemożliwe. "Tak dużo jak teraz pracowałem tylko na początku lat 90. Czuję różnicę wieku. To ciężki urząd. Rozumiem, dlaczego Piłsudski mówił, że tak można tylko przez rok robić. Ja chcę oczywiście dłużej, ale zobaczymy" – mówi premier.
Z zegarkiem w ręku
Ochroniarz podaje ciepły posiłek. Ale Donald Tusk nie zdąży już go zjeść, zdąży połknąć tylko kilka kęsów. Za chwilę limuzyny dojadą na miejsce. Jest 18.40. Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie – trzy godziny po północy. Czeka go jeszcze lektura wieczornych raportów dziennych, kilka spotkań i potwierdzenie harmonogramu na jutro. Na sam koniec, już w domu, lektura dokumentów lub książki. Następnego dnia premier wstanie dużo później niż większość z nas, w kancelarii pojawi się około godz. 10 rano.
Wszystko niby jest tak samo, ale styl premierostwa Donalda Tuska wyraźnie zaczyna odróżniać się od jego poprzedników. Kalendarz napięty jak zawsze, ale przestrzegany bardziej restrykcyjnie. Media są zapraszane jak zawsze, ale trzymane na dystans dużo bardziej niż za innych premierów. Świta asystentów i funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu niewiele mniejsza, ale za to bardzo wyciszona, zdecydowanie w cieniu. Samochody te same, ale unikające epatowania migającymi światłami i wyjącą sygnalizacją. A na tym tle szef rządu świadomy swej siły i pozycji, raczej nauczający i ogłaszający wolę swojej władzy niż zabiegający o sympatię odbiorców. Słowa "mój rząd zamierza", "mój rząd opowiada się", "mój rząd chce" wypowiada bardzo często.
Twardy administrator
Jednak ambicje Tuska wydają się wykraczać poza budowanie nowego wizerunku. Zresztą ten wizerunek to raczej uboczny efekt stylu rządzenia, jaki wybrał. Stylu kanclerskiego, gabinetowego, trochę z epoki przedtelewizyjnej. Modelu, w którym centrum władzy jest kancelaria premiera, i tam najczęściej, a nie w podróży czy telewizyjnym studiu, można spotkać szefa rządu. Tam odbywają się najważniejsze narady, tam zapadają kluczowe decyzje. Na to miejsce orientuje się cały aparat władzy, który nie ma zresztą wyjścia, bo jest kontrolowany i poddawany ocenie. Jeden ze współpracowników premiera zdradza gazecie, iż szef rządu założył każdemu z ministrów teczkę. – Cały ich stos leży na specjalnej półce w gabinecie Tuska. Każda inaczej oznaczona: MF – Ministerstwo Finansów, MT – Ministerstwo Transportu, MZ – Ministerstwo Zdrowia. Gdy przychodzi któryś z szefów resortów, premier otwiera i sprawdza: o czym rozmawiali ostatnio, do czego zobowiązał się minister, co z tego zrobiono – mówi nasz rozmówca. A Donald Tusk to potwierdza, choć unika słowa "teczki", mówiąc raczej o "dokumentacji poszczególnych ministerstw". Ale najlepiej charakter tej dokumentacji oddaje porównanie ze szkolnym dzienniczkiem.
Właśnie dlatego trwający właśnie przegląd resortów wywołuje u członków Rady Ministrów tak wielkie emocje i strach, jakby byli przed egzaminem. Bo rozmowa jest straszliwie konkretna. Nie o chęciach, programach, zamierzeniach, ale przygotowanych zmianach kadrowych czy w prawie. W rządowych kuluarach można usłyszeć opowieści o dzieleniu się przez ministrów radami, jak sobie poradzić na tym sprawdzianie. – Niektórzy, właściwie wszyscy pocą się przed tymi spotkaniami – opowiada wysoko postawiony informator z kręgów rządowych.
Opowieść o przeglądzie ministerstw – traktowana przez część mediów jedynie jako zabieg marketingowy – jest dla Tuska przedsięwzięciem naprawdę ważnym. I dobrze pokazuje, w jaki sposób zamierza używać władzy – wchodząc w szczegóły, egzekwując zobowiązania, popychając bezwładną z natury administrację. Ręcznie, dzień po dniu, z przekonaniem, iż odpowiedni człowiek plus wola polityczna i determinacja są kluczem do sukcesu. Unika więc premier podejmowania zobowiązań do przeprowadzenia systemowych reform.
Premier zwykłej Polski
A premier nie chce konfliktów. Tnie w kalendarzu czas na wszystko, co odrywa go od urzędowania. "Każde działanie marketingowe wymaga wielokrotnych namów. Premierowi szkoda po prostu czasu, powtarza, że sukces PO nie zależy od częstotliwości jego wyjazdów, ale od skuteczności jego pracy" – przyznaje rzecznik partii. Podobne doświadczenia ma rzecznik rządu: "Bardzo często słyszę: Proszę Pana, ja tu nie jestem, by wizytować, ja tu jestem, by jeździć" – opowiada. Ale kto wie, czy po ostatniej wizycie w Wojniczu w Małopolsce premier nie zmieni zdania. Ciepłe przyjęcie przez radnych tej miejscowości, która w styczniu tego roku otrzymała prawa miejskie, wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera.
I chyba w akcie wdzięczności za ciepłe przyjęcie, chwilę później na konferencji prasowej zorganizowanej w jednej z wojnickich fabryk wśród pachnących farbą, dopiero co wyprodukowanych maszyn drukarskich, wygłosił, po raz pierwszy tak szczerze, swoje credo: Postawiliśmy na zwykłą Polskę. W natłoku pytań mało kto zwrócił na nie uwagę, a kto wie, czy nie jest to jedno z celniejszych określeń projektu politycznego Tuska. Projektu zakładającego polepszenie losu grup, które dotychczas na wzroście gospodarczym i reformach zyskiwały najmniej.
Czy to plan możliwy do zrealizowania? Bo to samo można przedstawić jako zwykłe konsumowanie władzy, korzystanie z niej bez myślenia o budowie nowego państwa, zrywającego dominantę ciągłości z PRL. Coraz częściej na zapleczu rządu słychać głosy, że to nadal cel główny, ale nie w tej kadencji. Że najpierw należy się zająć tym, co da się zrobić w samym rządzie. Co równie dobrze, jak podpowiada doświadczenie innych ekip, może znaczyć, że szans na inne, większe zmiany, ta grupa nie dostanie już nigdy. Tym bardziej że i teraz politycy PO, w tym premier, czasami nie potrafią wytłumaczyć, po co ico dokładnie w danym momencie robią.
Kiedy Donald Tusk stoi przed wąską grupą, doskonale wie, co powiedzieć. Biznesmenom z Wojnicza dał krótki i treściwy wykład na temat sposobów zdobywania unijnych pieniędzy i konieczności rozważenia wydzielenia Warszawy z województwa mazowieckiego – by to ostatnie spadło w rankingu zamożności i dzięki temu było w stanie konkurować o unijne środki.
Wszędzie ten sam ton: Ja jestem premierem, ja wytyczam kierunki, ja rządzę. " Chce być jak Nicolas Sarkozy, kandydat prawicy francuskiej na prezydenta. Tak jak on zamierza być przywódcą silnym, dającym poczucie, iż ogarnia całość spraw, wie, co robić i ma wolę do przeprowadzenia zmian" – ocenia Eryk Mistewicz, doradca wielu polskich polityków. Zdaniem Mistewicza w tę strategię wpisana została pewna niemedialność. "Chodzi o pokazanie, że nie jest mydłkiem sterowanym przez doradców, że ma wizję, która może brzmieć chropawo, ale przez niedopowiedzenia staje się atrakcyjna. Na razie to dość skuteczna strategia, być może dlatego, że dopasowana do charakteru premiera Tuska" – ocenia.
Gabinet przede wszystkim
Już w podróży z Krakowa do Warszawy rzecznik rządu zastanawia się, kiedy znowu premier da się namówić na wyjazd w Polskę. "Pewnie nieprędko, znowu będzie pytał, po co, jak daleko, i narzekał, że chcę marnować jego czas" – martwi się rzecznik. I głośno myśli: Może za miesiąc?
Ale może premier da się przekonać? Panie krzyczące zza płotu liceum w Wojnowie, że "jesteśmy z panem" czy rzucone przez szefa rządu zdanie, iż "czasem podczas takich wizyt musi udawać, że było sympatycznie, ale tu naprawdę tak było" mogą świadczyć o możliwości zmiany stylu. "Wątpliwe, lubi jeździć, ale władzę gabinetową kocha bardziej" – mówi rzecznik rządu.
Na razie wróciła codzienność. Herbata w ulubionej szklance. Narady. Mało efektowne, wręcz skryte w cieniu rządzenie. Oszczędne wypowiedzi, rzadko udzielane wywiady. Czy skuteczne – tego jeszcze nie wiemy. Ale jednego możemy być pewni – to potrwa dłużej, niż się opozycji wydawało. I nie ma mowy o żadnych wcześniejszych wyborach. Po pierwsze, dlatego, że cena tej władzy była zbyt duża, by ryzykować jej oddanie. Po drugie, bo przedterminowe wybory oznaczałyby dziś niemal pewne oddanie rządów. I po trzecie, bo jak mówią wtajemniczeni, Donald Tusk nie po to przeprowadzał siebie do rządowej willi na ulicy Parkowej, by teraz zmuszać rodzinę do kolejnych zmian. Po czwarte – polubił tę pracę, czuje się zadomowiony.
No i blisko do gabinetu. Dosłownie trzy minuty. Można urzędować niemal bez przerwy.
Podsumowanie.
Co sądzić o dziennikarzu, który popełniłby taki tekst?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz