Organizatorem wycieczki Kaczyńskiego i spółki dnia 10 kwietnia 2010 roku
do Smoleńska była jego kancelaria, którą wtedy kierował bodajże już
siódmy jej szef, W. STASIAK.
To nie była oficjalna wizyta głowy państwa polskiego w Rosji, ale
PRYWATNA i CYWILNA wycieczka Lecha i gości, zorganizowana za nasze
ciężko płacone podatki, gdyż Kaczyński NIE MIAŁ zaproszenia
dyplomatycznego ze strony państwa, na teren którego się udawał. Zarazem
jest to absolutnym skandalem i złamaniem podstawowych prawideł
dyplomacji, żeby głowa państwa udawała się na teren innego państwa nie
posiadając zaproszenia z jego strony.
Automatycznie ten fakt powodował, że ranga tego lotu z oficjalnej,
państwowej wizyty, była po prostu wycieczką Lecha Kaczyńskiego i
zaproszonych gości do Smoleńska. W związku z tym Rosjanie nie musieli
doposażać lotniska w dodatkowe systemy nawigacyjne i wspomagające, co
miało miejsce 7 kwietnia, trzy dni wcześniej, gdy odbyła się wtedy
OFICJALNA wizyta przedstawicieli państwa polskiego, na którą Rosjanie
Lecha Kaczyńskiego nie zaprosili. 10 kwietnia Lech leciał tam po prostu,
mówiąc dosadnie - na krzywy ryj. Po prostu - na krzywy ryj.
To Kancelaria Prezydenta określała listę zaproszonych ludzi, to oni
składali zapotrzebowanie na tupolewa, który był w gestii specpułku. To
kancelaria Kaczyńskiego odpowiadała za listę gości i za zaproszenie na
jeden pokład d-ców rodzajów sił zbrojnych i wielu innych notabli, co
było absolutnym i niedopuszczalnym błędem. Konkretnie odpowiadał za to
W. Stasiak.
Każdy rozsądny człowiek powinien zadać pytanie - PO CO wogóle Lech
leciał tam, skoro oficjalne obchody rocznicy Mordu Katyńskiego odbyły
się trzy dni temu, na których - po raz pierwszy (!) był zarówno
prezydent Rosji, Miedwiediew jak i jej premier, Putin.
I tu właśnie zaczyna się meritum sprawy.
Kaczyński leciał tam 10 kwietnia by odbyć swoje "konkurencyjne" obchody
rocznicy Mordu Katyńskiego. Żeby "przyćmić" trzy dni wcześniej mające
miejsce obchody, których organizatorem był premier Polski. Dla tego
właśnie naspraszano na pokład kogo tylko się dało, żeby zgromadzić jak
najwięcej ważnych osobistości i "przyćmić" wcześniejsze obchody.
Jaki był cel tej prywatnej, cywilnej wycieczki Lecha i spółki tamże?
Otóż Lech miał tam rozpocząć swą kampanię o reelekcję! Nie było tam
Lecha w 2006 roku. Nie było go tam w 2007 roku.. Nie było go tamże i w
2008 roku. Nie było go tam też i w 2009 roku. Dopiero w 2010 roku Lech
"przypomniał" sobie o tragicznie pomordowanych oficerach polskich. To na
ich ciałach, leżących w smoleńskim lesie, Lech miał rozpocząć swą
kampanię o reelekcję. Kampanię pełną jadu, pełną nienawiści do sąsiadów
Polski i kampanię, na którą jak to zwykle u kaczorków - składały się
zawłaszczenia tragedii narodowych do partykularnych celów politycznych.
Wszyscy doskonale wiemy, jak pisowcy zawłaszczyli sobie Powstanie
Warszawskie, łącznie po wybudowanie muzeum i nawsadzanie tam swoich
politycznych sierot, które ciągną piękną kaskę i nic nie robią.
Na ciałach tragicznie pomordowanych polskich oficerów Lech miał
rozpocząć swą kampanię. Kampanię i tak z góry skazaną na sromotną
porażkę, gdyż Lech, po niecałych pięciu latach swego urzędowania,
dorobił się tak wielkiego negatywnego elektoratu, jakiego nie miał nawet
Lech Wałęsa pod koniec swego urzędowania.
Dlatego też była tak wielka presja, żeby ten lot się odbył.
Pomimo tego, że zgodnie z przepisami, pilot Protasiuk (specjalnie
zmieniony z kpt. Pietruczuka po słynnym incydencie gruzińskim z 2008
roku) nie miał prawa nawet odpalić silników tupolewa. Dla tego też już
na lotnisku odbyła się gorąca dyskusja gen. Błasika, wiernego kaczego
żołnierzyka, któremu za wierne pucowanie butów, kaczorki sprezentowały
trzy generalskie gwiazdki w niecałe cztery lata, choć Błasik w 2005 roku
był pułkownikiem na wylocie z MON. Zarówno kamery przemysłowe lotniska,
jak i system CCTV tupolewa zarejestrował gorącą wymianę zdań pomiędzy
Błasikiem a pilotem Protasiukiem. Dyskusję, po której Błasik - pasażer
(!!) "przejmuje dowodzenie" nad tupolewem i melduje Kaczyńskiemu
"gotowość do lotu", pomimo całkowitej świadomości, że w ten sposób łamie
prawo. Wtedy zapewne Protasiuk dostaje odeń "rozkaz" wykonania lotu do
Smoleńska. To wyjaśniałoby szereg czynności, które wykonał a nie
powinien, to wyjaśniałoby popełnione błędy.
Drzwi do kokpitu pilotów są stale otwarte. Ten fakt już wyjaśnia sam za
siebie, co musiało się tam dziać. Ktoś chciał mieć nieskrępowany dostęp
do pilotów by móc na bieżąco śledzić, co robią. Ale pomny słynnego
incydentu z 2008 roku, już nie chodził do pilotów sam, ale wysyłał
pośredników, co najmniej dyr. Kazanę i swego ulubieńca, Błasika.
Wszyscy doskonale znamy stenogramy zapisu zdarzeń z tupolewa.
"To będzie... makabra będzie. Nic nie będzie widać" oraz "Nie, no ziemię
widać... coś tam widać... może nie będzie tragedii" - wypowiada
Protasiuk już na czterdzieści minut przed rozbiciem się tupolewa - ale
pomimo tego kontynuuje lot, zamiast lecieć na jedno z zapasowych
lotnisk. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE,
ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
"W tej chwili, w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść"
– mówił dowódca załogi Arkadiusz Protasiuk do dyrektora z MSZ Mariusza
Kazany na ok. kwadrans przed katastrofą w Smoleńsku. Pomimo tego, nadal
wykonuje lot do Smoleńska! DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA
NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
Protasiuk dodaje "Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zejście, ale
prawdopodobnie nic z tego nie będzie". "No to mamy problem" - takie
słowa Kazany odnotowuje stenogram. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA
NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
A dlaczego Kazana mówi, że MAMY PROBLEM? Ano dla tego, że główny
pasażer żądał za wszelką cenę lądowania w Smoleńsku i nic a nic go nie
obchodziło, że jest zła pogoda i nie da się nawet wykonać podejścia do
lądowania. Kazana wie o tym, dla tego mówi "No to mamy problem".
Dyr. Kazana dodaje potem znamienne słowa "Na razie nie ma decyzji
prezydenta, co dalej robić" A dla czego nie ma decyzji? Bo Lech - jak
zwykle gdy trzeba podjąć jakąś decyzję - sięga po telefon i dzwoni do
brata. Tak było u nich już od najmłodszych lat, Jarek sterował swym
bratem, którego okiełznał psychicznie, już od piaskownicy. Lech dzwoni
do brata i fakt tej rozmowy ma miejsce.
"Warunków do lądowania nie ma" - mówił do załogi prezydenckiego samolotu
na ponad kwadrans przed katastrofą kontroler ruchu lotniczego w
Smoleńsku. Pomimo tego kolejnego ostrzeżenia, że nie da się wylądować w
Smoleńsku, Protasiuk ignoruje ostrzeżenia wieży i podchodzi do lotniska.
DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I
PASAŻERÓW?
Załoga JAK-a 40, który wylądował wcześniej w Smoleńsku, informowała
pilotów prezydenckiego samolotu, że są bardzo trudne warunki do
lądowania - wynika z opublikowanych we wtorek stenogramów z zapisem
rozmów utrwalonych na rejestratorze pokładowym. Pomimo tego - Protasiuk
wykonuje podejście. DLA CZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO
SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
Ano dla tego, że wie, jaka jest wola "najważniejszego pasażera" i wie
też, pamięta, co przechodził ktp. Pietruczuk, gdy zgodnie z przepisami,
sprzeciwił się woli Lecha podczas lotu do objętej działaniami wojennymi w
2008 roku Gruzji.
"No, nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować. No, natomiast
powiem szczerze, że możecie spróbować, jak najbardziej. Dwa APM-y
(reflektory systemu lądowania) są, bramkę zrobili, także możecie
spróbować, ale... jeżeli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję
wam lecieć na przykład do Moskwy, albo gdzieś" - mówił członek załogi
JAK-a do Protasiuka. Pomimo tego, Protasiuk chce lądować. DLACZEGO TO
ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
JAK-40 dodaje "Rosjanie już przylecieli". "Ił dwa razy odchodził i chyba
gdzieś odlecieli" - mówił jeden z pilotów JAK-a. Pomimo tego, że duży,
czterosilnikowy, mocny transportowy samolot, Ił-76 nie lądował i
odleciał, Protasiuk kontynuuje zamiar lądowania w Smoleńsku. DLACZEGO
TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
„TERRAIN AHEAD” (ziemia przed tobą). 9 sekund wcześniej załoga
komunikowała, że jest 400 metrów nad ziemią. Ostrzeżenie TAWS powtórzyło
się po 25 sekundach i jeszcze raz, po kolejnych 10 sekundach. Piloci
informowali, że są 200 i 100 metrów nad ziemią. DLACZEGO TO ROBI,
NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW - POMIMO
KRYTYCZNYCH KOMUNIKATÓW SYSTEMU TAWS ???
O godz. 8.40 i 42 sekundy TAWS podawał kilkakrotnie: "PULL UP" (do
góry). Załoga meldowała, że jest 90 metrów nad ziemią. Gdy byli jeszcze
10 metrów niżej, osoba oznaczona jako drugi pilot powiedział
"odchodzimy". Pomimo tego, że systemy tupolewa alarmują, że leci on
nosem w ziemię, pomimo tego, że drugi pilot wypowiedział oczywistą
komendę do odejścia - Protasiuk ignoruje to i podchodzi do lądowania.
DLA CZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I
PASAŻERÓW, WIEDZĄC DOSKONALE, ŻE SAMOLOT LECI NOSEM W ZIEMIĘ
Dalej znamy zdarzenia. Trzask o drzewka, jedna długa przeciągła "KU___WA!" i po zawodach.
Istotą wyjaśnienia tej niepotrzebnej tragedii jest wyjawienie, dla czego
z takim uporem Protasiuk wykonywał podejście do lądowania. A ma to
bezpośredni związek z obecnością trzygwiazdkowego generała w kokpicie
pilotów a ma to wszystko swój przyczynek w ostatniej rozmowie
telefonicznej, którą bliźniaki prowadziły na kilkanaście minut przed tą
tragedią.
Dlatego - trzeba ujawnić ostatnią rozmowę braciszków. I będzie po sprawie.
Dlaczego Protasiuk, łamiąc szereg prawideł w pilotażu, ZA WSZELKĄ CENĘ lądował w Smoleńsku?
A bo dostał taki rozkaz od Błasika! A skąd Błasik wymyślił taki rozkaz? Z
palca wyssał go sobie? Nie! Dostał go od "głównego pasażera". A główny
pasażer skąd czerpał swe decyzje, gdy nie wiedział, co robić?
Z ROZMÓW TELEFONICZNYCH, KTÓRE PROWADZIŁ Z BRATEM.
I sprawa jest wyjaśniona.