wtorek, 10 kwietnia 2012

Wycieczka

Organizatorem wycieczki Kaczyńskiego i spółki dnia 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska była jego kancelaria, którą wtedy kierował bodajże już siódmy jej szef, W. STASIAK.
To nie była oficjalna wizyta głowy państwa polskiego w Rosji, ale PRYWATNA i CYWILNA wycieczka Lecha i gości, zorganizowana za nasze ciężko płacone podatki, gdyż Kaczyński NIE MIAŁ zaproszenia dyplomatycznego ze strony państwa, na teren którego się udawał. Zarazem jest to absolutnym skandalem i złamaniem podstawowych prawideł dyplomacji, żeby głowa państwa udawała się na teren innego państwa nie posiadając zaproszenia z jego strony.
Automatycznie ten fakt powodował, że ranga tego lotu z oficjalnej, państwowej wizyty, była po prostu wycieczką Lecha Kaczyńskiego i zaproszonych gości do Smoleńska. W związku z tym Rosjanie nie musieli doposażać lotniska w dodatkowe systemy nawigacyjne i wspomagające, co miało miejsce 7 kwietnia, trzy dni wcześniej, gdy odbyła się wtedy OFICJALNA wizyta przedstawicieli państwa polskiego, na którą Rosjanie Lecha Kaczyńskiego nie zaprosili. 10 kwietnia Lech leciał tam po prostu, mówiąc dosadnie - na krzywy ryj. Po prostu - na krzywy ryj.
To Kancelaria Prezydenta określała listę zaproszonych ludzi, to oni składali zapotrzebowanie na tupolewa, który był w gestii specpułku. To kancelaria Kaczyńskiego odpowiadała za listę gości i za zaproszenie na jeden pokład d-ców rodzajów sił zbrojnych i wielu innych notabli, co było absolutnym i niedopuszczalnym błędem. Konkretnie odpowiadał za to W. Stasiak.
Każdy rozsądny człowiek powinien zadać pytanie - PO CO wogóle Lech leciał tam, skoro oficjalne obchody rocznicy Mordu Katyńskiego odbyły się trzy dni temu, na których - po raz pierwszy (!) był zarówno prezydent Rosji, Miedwiediew jak i jej premier, Putin.
I tu właśnie zaczyna się meritum sprawy.
Kaczyński leciał tam 10 kwietnia by odbyć swoje "konkurencyjne" obchody rocznicy Mordu Katyńskiego. Żeby "przyćmić" trzy dni wcześniej mające miejsce obchody, których organizatorem był premier Polski. Dla tego właśnie naspraszano na pokład kogo tylko się dało, żeby zgromadzić jak najwięcej ważnych osobistości i "przyćmić" wcześniejsze obchody.
Jaki był cel tej prywatnej, cywilnej wycieczki Lecha i spółki tamże?
Otóż Lech miał tam rozpocząć swą kampanię o reelekcję! Nie było tam Lecha w 2006 roku. Nie było go tam w 2007 roku.. Nie było go tamże i w 2008 roku. Nie było go tam też i w 2009 roku. Dopiero w 2010 roku Lech "przypomniał" sobie o tragicznie pomordowanych oficerach polskich. To na ich ciałach, leżących w smoleńskim lesie, Lech miał rozpocząć swą kampanię o reelekcję. Kampanię pełną jadu, pełną nienawiści do sąsiadów Polski i kampanię, na którą jak to zwykle u kaczorków - składały się zawłaszczenia tragedii narodowych do partykularnych celów politycznych. Wszyscy doskonale wiemy, jak pisowcy zawłaszczyli sobie Powstanie Warszawskie, łącznie po wybudowanie muzeum i nawsadzanie tam swoich politycznych sierot, które ciągną piękną kaskę i nic nie robią.
Na ciałach tragicznie pomordowanych polskich oficerów Lech miał rozpocząć swą kampanię. Kampanię i tak z góry skazaną na sromotną porażkę, gdyż Lech, po niecałych pięciu latach swego urzędowania, dorobił się tak wielkiego negatywnego elektoratu, jakiego nie miał nawet Lech Wałęsa pod koniec swego urzędowania.
Dlatego też była tak wielka presja, żeby ten lot się odbył.
Pomimo tego, że zgodnie z przepisami, pilot Protasiuk (specjalnie zmieniony z kpt. Pietruczuka po słynnym incydencie gruzińskim z 2008 roku) nie miał prawa nawet odpalić silników tupolewa. Dla tego też już na lotnisku odbyła się gorąca dyskusja gen. Błasika, wiernego kaczego żołnierzyka, któremu za wierne pucowanie butów, kaczorki sprezentowały trzy generalskie gwiazdki w niecałe cztery lata, choć Błasik w 2005 roku był pułkownikiem na wylocie z MON. Zarówno kamery przemysłowe lotniska, jak i system CCTV tupolewa zarejestrował gorącą wymianę zdań pomiędzy Błasikiem a pilotem Protasiukiem. Dyskusję, po której Błasik - pasażer (!!) "przejmuje dowodzenie" nad tupolewem i melduje Kaczyńskiemu "gotowość do lotu", pomimo całkowitej świadomości, że w ten sposób łamie prawo. Wtedy zapewne Protasiuk dostaje odeń "rozkaz" wykonania lotu do Smoleńska. To wyjaśniałoby szereg czynności, które wykonał a nie powinien, to wyjaśniałoby popełnione błędy.
Drzwi do kokpitu pilotów są stale otwarte. Ten fakt już wyjaśnia sam za siebie, co musiało się tam dziać. Ktoś chciał mieć nieskrępowany dostęp do pilotów by móc na bieżąco śledzić, co robią. Ale pomny słynnego incydentu z 2008 roku, już nie chodził do pilotów sam, ale wysyłał pośredników, co najmniej dyr. Kazanę i swego ulubieńca, Błasika.
Wszyscy doskonale znamy stenogramy zapisu zdarzeń z tupolewa.
"To będzie... makabra będzie. Nic nie będzie widać" oraz "Nie, no ziemię widać... coś tam widać... może nie będzie tragedii" - wypowiada Protasiuk już na czterdzieści minut przed rozbiciem się tupolewa - ale pomimo tego kontynuuje lot, zamiast lecieć na jedno z zapasowych lotnisk. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
"W tej chwili, w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść" – mówił dowódca załogi Arkadiusz Protasiuk do dyrektora z MSZ Mariusza Kazany na ok. kwadrans przed katastrofą w Smoleńsku. Pomimo tego, nadal wykonuje lot do Smoleńska! DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
Protasiuk dodaje "Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zejście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie". "No to mamy problem" - takie słowa Kazany odnotowuje stenogram. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
A dlaczego Kazana mówi, że MAMY PROBLEM? Ano dla tego, że główny pasażer żądał za wszelką cenę lądowania w Smoleńsku i nic a nic go nie obchodziło, że jest zła pogoda i nie da się nawet wykonać podejścia do lądowania. Kazana wie o tym, dla tego mówi "No to mamy problem".
Dyr. Kazana dodaje potem znamienne słowa "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić" A dla czego nie ma decyzji? Bo Lech - jak zwykle gdy trzeba podjąć jakąś decyzję - sięga po telefon i dzwoni do brata. Tak było u nich już od najmłodszych lat, Jarek sterował swym bratem, którego okiełznał psychicznie, już od piaskownicy. Lech dzwoni do brata i fakt tej rozmowy ma miejsce.
"Warunków do lądowania nie ma" - mówił do załogi prezydenckiego samolotu na ponad kwadrans przed katastrofą kontroler ruchu lotniczego w Smoleńsku. Pomimo tego kolejnego ostrzeżenia, że nie da się wylądować w Smoleńsku, Protasiuk ignoruje ostrzeżenia wieży i podchodzi do lotniska. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
Załoga JAK-a 40, który wylądował wcześniej w Smoleńsku, informowała pilotów prezydenckiego samolotu, że są bardzo trudne warunki do lądowania - wynika z opublikowanych we wtorek stenogramów z zapisem rozmów utrwalonych na rejestratorze pokładowym. Pomimo tego - Protasiuk wykonuje podejście. DLA CZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
Ano dla tego, że wie, jaka jest wola "najważniejszego pasażera" i wie też, pamięta, co przechodził ktp. Pietruczuk, gdy zgodnie z przepisami, sprzeciwił się woli Lecha podczas lotu do objętej działaniami wojennymi w 2008 roku Gruzji.
"No, nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować. No, natomiast powiem szczerze, że możecie spróbować, jak najbardziej. Dwa APM-y (reflektory systemu lądowania) są, bramkę zrobili, także możecie spróbować, ale... jeżeli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć na przykład do Moskwy, albo gdzieś" - mówił członek załogi JAK-a do Protasiuka. Pomimo tego, Protasiuk chce lądować. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
JAK-40 dodaje "Rosjanie już przylecieli". "Ił dwa razy odchodził i chyba gdzieś odlecieli" - mówił jeden z pilotów JAK-a. Pomimo tego, że duży, czterosilnikowy, mocny transportowy samolot, Ił-76 nie lądował i odleciał, Protasiuk kontynuuje zamiar lądowania w Smoleńsku. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW?
„TERRAIN AHEAD” (ziemia przed tobą). 9 sekund wcześniej załoga komunikowała, że jest 400 metrów nad ziemią. Ostrzeżenie TAWS powtórzyło się po 25 sekundach i jeszcze raz, po kolejnych 10 sekundach. Piloci informowali, że są 200 i 100 metrów nad ziemią. DLACZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW - POMIMO KRYTYCZNYCH KOMUNIKATÓW SYSTEMU TAWS ???
O godz. 8.40 i 42 sekundy TAWS podawał kilkakrotnie: "PULL UP" (do góry). Załoga meldowała, że jest 90 metrów nad ziemią. Gdy byli jeszcze 10 metrów niżej, osoba oznaczona jako drugi pilot powiedział "odchodzimy". Pomimo tego, że systemy tupolewa alarmują, że leci on nosem w ziemię, pomimo tego, że drugi pilot wypowiedział oczywistą komendę do odejścia - Protasiuk ignoruje to i podchodzi do lądowania. DLA CZEGO TO ROBI, NARAŻAJĄC NA NIEBEZPIECZEŃSTWO SIEBIE, ZAŁOGĘ I PASAŻERÓW, WIEDZĄC DOSKONALE, ŻE SAMOLOT LECI NOSEM W ZIEMIĘ
Dalej znamy zdarzenia. Trzask o drzewka, jedna długa przeciągła "KU___WA!" i po zawodach.
Istotą wyjaśnienia tej niepotrzebnej tragedii jest wyjawienie, dla czego z takim uporem Protasiuk wykonywał podejście do lądowania. A ma to bezpośredni związek z obecnością trzygwiazdkowego generała w kokpicie pilotów a ma to wszystko swój przyczynek w ostatniej rozmowie telefonicznej, którą bliźniaki prowadziły na kilkanaście minut przed tą tragedią.
Dlatego - trzeba ujawnić ostatnią rozmowę braciszków. I będzie po sprawie.
Dlaczego Protasiuk, łamiąc szereg prawideł w pilotażu, ZA WSZELKĄ CENĘ lądował w Smoleńsku?
A bo dostał taki rozkaz od Błasika! A skąd Błasik wymyślił taki rozkaz? Z palca wyssał go sobie? Nie! Dostał go od "głównego pasażera". A główny pasażer skąd czerpał swe decyzje, gdy nie wiedział, co robić?
Z ROZMÓW TELEFONICZNYCH, KTÓRE PROWADZIŁ Z BRATEM.
I sprawa jest wyjaśniona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz