W kontekście najnowszej afery z Fibakiem
http://www.wprost.pl/ar/402189/Druga-twarz-legendy-polskiego-tenisa/
Klaka POSPIESZALSKIEGO
Numer: 39/2010
Autor: MALINA BŁANSKA
Strona: 12
Wyparowała
ze mnie woda, wódka, wysikałam siki, a wypełniła mnie polskość, więc
zostałam narodową i wystąpiłam w programie "Warto rozmawiać".
Powinnam zrobić tak: napisać e-mail do Jarosława Wróblewskiego odpowiedzialnego za kontakty widzów z redakcją, w nim wyłożyć, co ja jestem i czym nie jestem, jeśli mój list motywacyjny spodoba się redakcji, to oddzwonią i może pozwolą przyjść do programu. Niepewna swoich kwalifikacji, wybieram wejście na wariata.
Kamieniem w łeb
Program nadawany jest z przypominającego akademik starego budynku F przy Woronicza w Warszawie. Przed "akademikiem" trzej studenci palą szlugi. Odstawieni w garnitury są pierwszymi osobami na widowni. Przychodzą 1,5 godziny przed programem. Najważniejszy z trójcy pyta, z jakiej jestem organizacji. Żadnej, tłumaczę i wybałuszam gały. Chłopak wykłada mi, że niby nie trzeba należeć do żadnej organizacji, ale skoro nie ma mnie na liście publiczności robionej przez koordynatora dzień wcześniej, to lepiej, by moja przynależność ręczyła za mnie. Inaczej nie wejdę. Skończyły się czasy, mówi, że na publikę mógł przyjść każdy z ulicy i wystarczyło, że był czysty. - My, na przykład, jesteśmy z fundacji Odpowiedzialność Obywatelska, Piotr Mikuła - przedstawia się. Prawicowa organizacja werbuje dzieci prawie w przedszkolu. Mikuła zasilił szeregi fundacji w liceum. Na "Pośpiecha" chodzi regularnie. Po uświadomieniu mi, że mam do czynienia z przyszłą elitą kraju, Mikuła wyciąga do mnie pomocną dłoń. Mogę przystąpić do fundacji. Daje do zrozumienia, że nie będzie lekko, żadnego siedzenia za biurkiem. Sprawdzą mnie w każdych warunkach. Na początek 13 grudnia. Duża warszawska manifestacja przeciw stanowi wojennemu. Jeśli się zgodzę, to może załatwić mi fajną rolę w rekonstrukcji, czyli udawanej bójce. Będę opozycją, którą on przebrany za zomowca, obrzuci kamieniami. - W zeszłym roku złapaliśmy tylu opozycjonistów, że nam do suki się nie chcieli zmieścić - opowiada, dwaj pozostali kulają się ze śmiechu. Narodowi aktywiści pozwalają mi na udział w rozmowach na tematy fundamentalne. Tylko teraz jest na nie czas. Po programie, jak dobrze pójdzie, Pospieszalski poświęci nam chwilkę, a jego się słucha, a nie mówi do niego. Narodowcy ze smarkami w nosach dumają nad ważnymi sprawami. Podsumowując ich rozmysły: "Taniec z gwiazdami" był dobry do trzeciej edycji, ale nie tak dobry jak felieton Marka Króla we "Wprost", po którym kilka miesięcy temu go wywalili. "Wprost" teraz pod opieką Lisa zeszmacił się, nie pamięta już czasów swojej świetności sprzed trzech lat, gdy redakcji udało się zebrać samych świetnych publicystów, jak choćby Wildsteina... Młodsi ode mnie o 3 lata chłopcy mówią jak swoi dziadkowie. - Najlepiej Żakowski wypalił w trakcie kampanii Kaczyńskiego: Kaczyński walczy milczeniem... - i wyją ze śmiechu.
Zjazd
O 22.30, czyli pół godziny przed programem, zjeżdżają się goście. Nam, narodowcom, chłód niestraszny, dalej stoimy przed wejściem i pewnie dlatego wszyscy się z nami witają: prof. Krzysztof Rybiński (ekonomista, Szkoła Główna Handlowa), dr Maciej Bukowski (ekonomista, Zespół Doradców Strategicznych Premiera RP) i Jan Filip Staniłko (ekspert Instytutu Sobieskiego). Przy czym prof. Marek Rocki (ekonomista, były rektor SGH, dziś senator PO) zatrzymuje się przy Mikule i tłumaczy na ucho studentowi pierwszego roku, że dowiedział się, iż obecna prorektor do spraw studenckich nie wyraziła zgody na zarejestrowanie koła politycznego jako koła naukowego. Nie ma jednak co - podpowiada były rektor i członek prawicowego stowarzyszenia KoLiber - zmieniać podania, bo straci się pieniądze, które szkoła daje, tylko trzeba się odwołać. Dobrym punktem zaczepienia, jego zdaniem, jest brak uzasadnienia decyzji. Młodziak porozumiewawczo dyga głową. Narodowcy mali i duzi trzymają się razem.
Ustawka
Pracownicy Pospieszalskiego mają chyba zakodowaną w genach konspirację. Publiczność wpuszczają na samym końcu. Nie to co u Lisa - na godzinę przed emisją. U "Pośpiecha" skrywa się przed ludźmi nawet próby dźwiękowe. - Wejdziemy jakieś 5 minut przed startem - tłumaczy chłopak z KoLibra, organizacji, która na swojego honorowego członka wybrała Jana Pospieszalskiego. Mam problem. Żeby przejść przez telewizyjne bramki do studia, muszę być na liście publiczności. W tej sprawie wyręcza mnie Mikuła. - Powiedziałem, że należysz do nas i spoko - klepie mnie po plecach - ale luz, dziś są umowy podpisywane i nikt nie ma głowy... - uspokaja i spada poprawić apaszkę. Umowy, które walają się na stole przed bramkami, to umowy dla publiczności. Nic dziwnego, że tak trudno dostać się z ulicy. - Płacą po 30 zł za odcinek, a kontrakt zawierany jest na 13 odcinków - zwierza mi się jeden z członków fundacji. Z twarzy oni wszyscy wyglądają na takich, co na znak potrafią klaskać jak nikt na świecie. Puste oczy, szerokie uśmiechy. - To ciebie i ciebie już poprosimy, a wy musicie jeszcze poczekać - przerywa facet z obsługi. Wyłuskuje z naszego towarzystwa Mikułę i chłopaka z KoLibra. Spontaniczne wypowiedzi widowni są wyreżyserowane. Chłopcy znani już organizatorom ze swych należytych poglądów są zabierani przed wpuszczeniem reszty publiczności, malowani i sadzani w odpowiednim miejscu. Podpowiada się im, o czym mają mówić, a oni mówią.
Klask i cyk
Wchodzimy. Cały czas gapię się w ziemię, boję się spojrzeć Pospieszalskiemu w oczy. Jak uważnie czyta gazety, to widział moje zdjęcie jako jajcary z warty przed krzyżem prezydenckim i ukrzyżuje mnie w wejściu na żywo na oczach całej prawej Polski. Nikt nie wita się z widownią, nie ma żadnych wskazówek, bo i po co? Klakierzy od dwóch lat chodzą już zgraną ekipą do "Pośpiecha". W ekipie potworzyły się pary, każdy ma swoje ulubione miejsce na trybunie. Kobiecie, która przy sadzaniu nas zawiesza na mnie wzrok, ze strachu przed dekonspiracją wypalam: - A mogę zrobić zdjęcie? - Teraz nie, ale po... Janek! - drze się. - Tu dziewczyna chce mieć zdjęcie z tobą! Zaczynam się jąkać, a Pospieszalski czai, że mam tremę przed programem na żywo. Podłazi i strzela dykteryjkę: - Idę z dziećmi i na ulicy wyskakuje facet przebrany za misia. Że do zdjęcia. Dzieci w ryk, to ja mówię, żeby chociaż zdjął tę głowę, to zdjął, a tam jeszcze straszniejszy, opuchnięty, zapity pysk... - wpatrzeni w Janka jak świnia w grzmot klakierzy trzęsą się ze śmiechu, choć i bez tego wezmą 30 zł za odcinek... Pospieszalski na kilka sekund przed programem wchodzi za scenografię. Do samotni. Głęboki wdech i jedziemy. O kondycji polskiej gospodarki. Sonda dla widzów: czy wyrażasz zgodę, by w imieniu twoim i twoich dzieci rząd powiększał dług państwa? Klaskaniem dowodzi facet za scenografią. Gdy on zaczyna klaskać, my się dokładamy. Jedynym momentem, w którym klakierzy klaszczą nieproszeni, jest zakończenie programu, ale to właściwe. Klaskanie na koniec przed kamerami jest udawane, ale po komunikacie: można bezpiecznie opuścić studio - klakierzy klaszczą sami z siebie. Jak pasażerowie samolotu po udanym lądowaniu. Na koniec nie ma żadnych rozmów, Janek odwraca się plecami do ludu, ale i lud nie rwie się do rozmów.
Bohater z dzieciństwa
Podczas ucieczki ze studnia nr 4 wpadam na Bokę. Tego Bokę. Boka z filmu "Chłopcy z placu broni" pracuje przy programie "Warto rozmawiać". Kochałam się w nim za młodu, ale na wszelki wypadek po powrocie do chałupy sprawdzam, czy mi się nie *******. Czytam: jfanosz Boka był przywódcą chłopców z Placu Broni. Miał czternaście łat, lecz pomimo chłopięcej twarzy, wykazywał się ogromną dojrzałością, rozwagą i spokojem. Zawsze ważył słowa, a swoje opinie wygłaszał głębokim i łagodnym głosem. Nigdy nie rozmawiał na błahe tematy. Przez otoczenie postrzegany był jako mądry chłopiec, a jego postawa wskazywała, że wyrośnie na wartościowego i prawego człowieka. Znaczy on. ? malina@redakcja.nie.com.pl
Foto popis| Błańska i Pospieszalski. Warto pozować.
Artykuł nr 2
* * *
http://www.wprost.pl/ar/402189/Druga-twarz-legendy-polskiego-tenisa/
Klaka POSPIESZALSKIEGO
Numer: 39/2010
Autor: MALINA BŁANSKA
Strona: 12
Powinnam zrobić tak: napisać e-mail do Jarosława Wróblewskiego odpowiedzialnego za kontakty widzów z redakcją, w nim wyłożyć, co ja jestem i czym nie jestem, jeśli mój list motywacyjny spodoba się redakcji, to oddzwonią i może pozwolą przyjść do programu. Niepewna swoich kwalifikacji, wybieram wejście na wariata.
Kamieniem w łeb
Program nadawany jest z przypominającego akademik starego budynku F przy Woronicza w Warszawie. Przed "akademikiem" trzej studenci palą szlugi. Odstawieni w garnitury są pierwszymi osobami na widowni. Przychodzą 1,5 godziny przed programem. Najważniejszy z trójcy pyta, z jakiej jestem organizacji. Żadnej, tłumaczę i wybałuszam gały. Chłopak wykłada mi, że niby nie trzeba należeć do żadnej organizacji, ale skoro nie ma mnie na liście publiczności robionej przez koordynatora dzień wcześniej, to lepiej, by moja przynależność ręczyła za mnie. Inaczej nie wejdę. Skończyły się czasy, mówi, że na publikę mógł przyjść każdy z ulicy i wystarczyło, że był czysty. - My, na przykład, jesteśmy z fundacji Odpowiedzialność Obywatelska, Piotr Mikuła - przedstawia się. Prawicowa organizacja werbuje dzieci prawie w przedszkolu. Mikuła zasilił szeregi fundacji w liceum. Na "Pośpiecha" chodzi regularnie. Po uświadomieniu mi, że mam do czynienia z przyszłą elitą kraju, Mikuła wyciąga do mnie pomocną dłoń. Mogę przystąpić do fundacji. Daje do zrozumienia, że nie będzie lekko, żadnego siedzenia za biurkiem. Sprawdzą mnie w każdych warunkach. Na początek 13 grudnia. Duża warszawska manifestacja przeciw stanowi wojennemu. Jeśli się zgodzę, to może załatwić mi fajną rolę w rekonstrukcji, czyli udawanej bójce. Będę opozycją, którą on przebrany za zomowca, obrzuci kamieniami. - W zeszłym roku złapaliśmy tylu opozycjonistów, że nam do suki się nie chcieli zmieścić - opowiada, dwaj pozostali kulają się ze śmiechu. Narodowi aktywiści pozwalają mi na udział w rozmowach na tematy fundamentalne. Tylko teraz jest na nie czas. Po programie, jak dobrze pójdzie, Pospieszalski poświęci nam chwilkę, a jego się słucha, a nie mówi do niego. Narodowcy ze smarkami w nosach dumają nad ważnymi sprawami. Podsumowując ich rozmysły: "Taniec z gwiazdami" był dobry do trzeciej edycji, ale nie tak dobry jak felieton Marka Króla we "Wprost", po którym kilka miesięcy temu go wywalili. "Wprost" teraz pod opieką Lisa zeszmacił się, nie pamięta już czasów swojej świetności sprzed trzech lat, gdy redakcji udało się zebrać samych świetnych publicystów, jak choćby Wildsteina... Młodsi ode mnie o 3 lata chłopcy mówią jak swoi dziadkowie. - Najlepiej Żakowski wypalił w trakcie kampanii Kaczyńskiego: Kaczyński walczy milczeniem... - i wyją ze śmiechu.
Zjazd
O 22.30, czyli pół godziny przed programem, zjeżdżają się goście. Nam, narodowcom, chłód niestraszny, dalej stoimy przed wejściem i pewnie dlatego wszyscy się z nami witają: prof. Krzysztof Rybiński (ekonomista, Szkoła Główna Handlowa), dr Maciej Bukowski (ekonomista, Zespół Doradców Strategicznych Premiera RP) i Jan Filip Staniłko (ekspert Instytutu Sobieskiego). Przy czym prof. Marek Rocki (ekonomista, były rektor SGH, dziś senator PO) zatrzymuje się przy Mikule i tłumaczy na ucho studentowi pierwszego roku, że dowiedział się, iż obecna prorektor do spraw studenckich nie wyraziła zgody na zarejestrowanie koła politycznego jako koła naukowego. Nie ma jednak co - podpowiada były rektor i członek prawicowego stowarzyszenia KoLiber - zmieniać podania, bo straci się pieniądze, które szkoła daje, tylko trzeba się odwołać. Dobrym punktem zaczepienia, jego zdaniem, jest brak uzasadnienia decyzji. Młodziak porozumiewawczo dyga głową. Narodowcy mali i duzi trzymają się razem.
Ustawka
Pracownicy Pospieszalskiego mają chyba zakodowaną w genach konspirację. Publiczność wpuszczają na samym końcu. Nie to co u Lisa - na godzinę przed emisją. U "Pośpiecha" skrywa się przed ludźmi nawet próby dźwiękowe. - Wejdziemy jakieś 5 minut przed startem - tłumaczy chłopak z KoLibra, organizacji, która na swojego honorowego członka wybrała Jana Pospieszalskiego. Mam problem. Żeby przejść przez telewizyjne bramki do studia, muszę być na liście publiczności. W tej sprawie wyręcza mnie Mikuła. - Powiedziałem, że należysz do nas i spoko - klepie mnie po plecach - ale luz, dziś są umowy podpisywane i nikt nie ma głowy... - uspokaja i spada poprawić apaszkę. Umowy, które walają się na stole przed bramkami, to umowy dla publiczności. Nic dziwnego, że tak trudno dostać się z ulicy. - Płacą po 30 zł za odcinek, a kontrakt zawierany jest na 13 odcinków - zwierza mi się jeden z członków fundacji. Z twarzy oni wszyscy wyglądają na takich, co na znak potrafią klaskać jak nikt na świecie. Puste oczy, szerokie uśmiechy. - To ciebie i ciebie już poprosimy, a wy musicie jeszcze poczekać - przerywa facet z obsługi. Wyłuskuje z naszego towarzystwa Mikułę i chłopaka z KoLibra. Spontaniczne wypowiedzi widowni są wyreżyserowane. Chłopcy znani już organizatorom ze swych należytych poglądów są zabierani przed wpuszczeniem reszty publiczności, malowani i sadzani w odpowiednim miejscu. Podpowiada się im, o czym mają mówić, a oni mówią.
Klask i cyk
Wchodzimy. Cały czas gapię się w ziemię, boję się spojrzeć Pospieszalskiemu w oczy. Jak uważnie czyta gazety, to widział moje zdjęcie jako jajcary z warty przed krzyżem prezydenckim i ukrzyżuje mnie w wejściu na żywo na oczach całej prawej Polski. Nikt nie wita się z widownią, nie ma żadnych wskazówek, bo i po co? Klakierzy od dwóch lat chodzą już zgraną ekipą do "Pośpiecha". W ekipie potworzyły się pary, każdy ma swoje ulubione miejsce na trybunie. Kobiecie, która przy sadzaniu nas zawiesza na mnie wzrok, ze strachu przed dekonspiracją wypalam: - A mogę zrobić zdjęcie? - Teraz nie, ale po... Janek! - drze się. - Tu dziewczyna chce mieć zdjęcie z tobą! Zaczynam się jąkać, a Pospieszalski czai, że mam tremę przed programem na żywo. Podłazi i strzela dykteryjkę: - Idę z dziećmi i na ulicy wyskakuje facet przebrany za misia. Że do zdjęcia. Dzieci w ryk, to ja mówię, żeby chociaż zdjął tę głowę, to zdjął, a tam jeszcze straszniejszy, opuchnięty, zapity pysk... - wpatrzeni w Janka jak świnia w grzmot klakierzy trzęsą się ze śmiechu, choć i bez tego wezmą 30 zł za odcinek... Pospieszalski na kilka sekund przed programem wchodzi za scenografię. Do samotni. Głęboki wdech i jedziemy. O kondycji polskiej gospodarki. Sonda dla widzów: czy wyrażasz zgodę, by w imieniu twoim i twoich dzieci rząd powiększał dług państwa? Klaskaniem dowodzi facet za scenografią. Gdy on zaczyna klaskać, my się dokładamy. Jedynym momentem, w którym klakierzy klaszczą nieproszeni, jest zakończenie programu, ale to właściwe. Klaskanie na koniec przed kamerami jest udawane, ale po komunikacie: można bezpiecznie opuścić studio - klakierzy klaszczą sami z siebie. Jak pasażerowie samolotu po udanym lądowaniu. Na koniec nie ma żadnych rozmów, Janek odwraca się plecami do ludu, ale i lud nie rwie się do rozmów.
Bohater z dzieciństwa
Podczas ucieczki ze studnia nr 4 wpadam na Bokę. Tego Bokę. Boka z filmu "Chłopcy z placu broni" pracuje przy programie "Warto rozmawiać". Kochałam się w nim za młodu, ale na wszelki wypadek po powrocie do chałupy sprawdzam, czy mi się nie *******. Czytam: jfanosz Boka był przywódcą chłopców z Placu Broni. Miał czternaście łat, lecz pomimo chłopięcej twarzy, wykazywał się ogromną dojrzałością, rozwagą i spokojem. Zawsze ważył słowa, a swoje opinie wygłaszał głębokim i łagodnym głosem. Nigdy nie rozmawiał na błahe tematy. Przez otoczenie postrzegany był jako mądry chłopiec, a jego postawa wskazywała, że wyrośnie na wartościowego i prawego człowieka. Znaczy on. ? malina@redakcja.nie.com.pl
Foto popis| Błańska i Pospieszalski. Warto pozować.
Artykuł nr 2
Wyliżę ci różyczkę
Zajęliśmy się poszukiwaniem idealnego partnera. Red. Błańska, kobieta cnotliwa, zwróciła się do katolickiego biura matrymonialnego.
Do poszukania męża za pośrednictwem strony www.przeznaczeni.pl namówiły mnie Rydzykowe media oraz bożyszcze dewotek – Janek Pospieszalski. Wszyscy zachwalali internetowy serwis randkowy, w którym wierzący wartościowy katolik może znaleźć drugą wartościową połówkę, z którą stworzy „szczęśliwe małżeństwo i rodzinę zbudowaną na dojrzałej miłości ludzkiej i na Bogu, który sam jest Miłością”. Strona ta jest alternatywą dla zdemoralizowanego i ociekającego prowokacjami seksualnymi serwisu sympatia.pl, od którego katolików odrzuca, bo to przecież ludzie o szczególnej wrażliwości, stroniący od seksu przedmałżeńskiego, który uniemożliwia zbudowanie silnej i szczerej więzi. Stronie właściwej moralnie patronuje martwy Jan Paweł II, który patrzy na użytkownika z ekranu i zachęca do udziału w kursie przedmałżeńskim.
Nim zaczęłam swobodnie szaleć po Strefie, musiałam przejść dwutygodniowy okres próbny, w trakcie którego miałam swoje konto, ale tak jakbym go nie miała. Nie wolno mi było pisać wiadomości do innych strefowiczów ani odczytywać wysłanych do mnie. Ponoć moderatorzy potrzebowali dwóch tygodni, by ocenić, czy moje wartości kwalifikują mnie do bycia w Strefie Ludzi z Wartościami – tak serwis nazywają jego autorzy. Ocenili to po odpowiedziach na pytania, które podałam tworząc profil strefowicza. A pytali o otwartość na rodzicielstwo, cele życiowe, o to, jakie znaczenie w moim życiu ma wiara w Boga (tu należało dać odpowiedź co najmniej 120 znakami), kto jest moim autorytetem duchowym, jaki jest mój stosunek do antykoncepcji i aborcji, zdanie na temat bzykania przed ślubem, jakie cechy powinien posiadać mój przyszły ślubny, jak wyobrażam sobie moją rodzinę i małżeństwo i czy jestem zaangażowana w pracę jakichś organizacji katolickich. Zakwalifikowałam się. Coś mi podpowiadało, że te dwa tygodnie były też – albo przede wszystkim – związane z koniecznością uiszczenia opłaty członkowskiej. W końcu trzeba się zebrać, pójść do banku, do nich musi dojść potwierdzenie przelewu itd.
Z megapodrywem wystartowałam w środę popielcową. Na początku kurtuazyjnie zaczepiano mnie pytając, czy mam już głowę w popiele. Następnie Jurek (32) wyraził uznanie dla mojego codziennego chodzenia na mszę. Imponujesz mi, podziwiam cię – zapodał komplement. Pod koniec marnego dnia, w trakcie którego niewiele mężczyzn zainteresowało się moim opisem i wartościami, na które mieli polecieć, dołożyłam zdjęcie. Ja w czarnej sukience i szpilach w panterkę. Poprawiłam swój profil i zamiast religijnego smęcenia napisałam: Atrakcyjna panna pozna pana. Obiecuję niezapomniane wieczory pełne owocnych rozmów. Wartościowi katolicy oszaleli.
Włodka (28) poznałam czwartego dnia mojego pobytu w serwisie. Na zdjęciach wyglądał jak… naleśnik zmiksowany z mysimi cipkami. Czystość przedmałżeńska dla Włodka była sprawą bardzo ważną, a nawet kluczową do budowania dobrej miłości. Po jednym dniu znajomości umówiliśmy się. W herbaciarni Same Fusy Włodek dwie godziny opowiadał pasjonujące historie na temat komputerów i potrzeby organizowania Przystanku Jezus. Gdy zaproponowałam wyskok do mnie na mały bzyk, usłyszałam: Dostałaś swoje ciało w dzierżawie od Boga. Musisz je szanować, tak jak on by sobie tego życzył. Ja szanuję twoje ciało. 28-letni prawiczek odmówił bzyknięcia mnie na pierwszej randce. Następnego dnia Włodek zrozumiał, że pogardzenie młodą niewiastą to grzech porównywalny z wyrzuceniem kromki chleba. Na seks umówiliśmy się u mnie o 19.00. Ja miałam kupić prezerwatywy, on obiecał przynieść wino. Przed spotkaniem poprosił o wysłanie jakiejś fotki w stroju kąpielowym albo lepiej bez stroju.
Tadeusz (28) na zdjęciach prezentował się dużo lepiej niż Włodek, ale podobnie jak on był głęboko wierzącym zwolennikiem czystości przedmałżeńskiej: Chcę opierać związek na właściwym fundamencie. Jego autorytetem duchowym był J.P. 2. Tak przynajmniej informował profil użytkownika. Nasza znajomość kwitła przez dwie godziny, podczas których pisaliśmy do siebie. W ostatniej wiadomości zaproponowałam seksualne szaleństwo i podałam numer komórki. Oddzwonił natychmiast. Tadeuszowi nie przeszkadzała wiara ani późna pora (druga w nocy). Dla spędzenia upojnej nocy ze mną gotowy był zaspać do roboty. Nie byle jakiej, bo – jak twierdził – pracuje w innej Strefie Ludzi z Wartościami. Kancelarii Premiera…
Michał (34) chciałby żyć, żyjąc dla Boga i jednocześnie dla ludzi. Wyglądał nieco fajtłapowato, a uroku na pewno nie dodawała mu grzywka a la Hitler. Ze swoją przyszłą wybranką – czytałam w profilu – chciałby wytrwać w czystości do nocy poślubnej. Jego twarde przekonania religijne wydawały się nie do przełamania. Pierwszą wiadomość wysłałam od razu proponując nocną orgię. Odpisał: Chcę być mężczyzną, który zaspokoi twoje oczeki-wania. Załapałam fazę. Poprosiłam, by opowiedział, co chciałby ze mną zrobić, podpowiedziałam, że lubię seks oralny. Michał oświadczył: Masz wspaniałe nóżki. Mam na ciebie chęć. Z przyjemnością klęknę przed tobą, zanurzę głowę między twe nogi, a język w twą różyczkę. Masz ją wydepilowaną? Wspaniale byłoby na jeźdźca lub na pieska. Michał wiedział, co dobre, słuszne i zbawienne. Nalegał na rychłe spotkanie i pisał dalej: Chciałbym zdjąć ci buciki i wycałować, wymasować i wypieścić ci stópki!!! No i possać paluszki. Chciałbym zająć się tobą. Do dalszych fantazji nie zniechęcał nawet brak moich odpowiedzi. Oj, jak chcę popieścić cię w różyczkę. Aż mi ślinka leci. A co z modlitwą? – zapytałam. Zawsze trzeba zacząć od modlitwy. A potem zrobię wszystko, co będziesz chciała. Chciałabyś zobaczyć mojego penisa? Nie chciałam.
Strefa Ludzi z Wartościami ma ponad 40 tysięcy użytkowników. Jej założyciele są przekonani o sukcesie pomysłu. To prawda, udało im się, ale bynajmniej nie dlatego, że – jak twierdzą – zeswatali 16 małżeństw, 60 par zaręczyli i 180 par zakochało się. Po prostu na biznesie randkowym zarabiają niezły szmal. Każda z osób logujących się zobowiązana jest wpłacić 99 zł wpisowego. Jeśli jest w ciężkiej sytuacji i nie ma kasy, a skrobnie oświadczenie, może załapać się na wejście za friko. No chyba że w danym mie-siącu wyczerpał się przewidziany limit łask moderatorów. Wtedy lipa! Liczy na szczęście w przyszłym miesiącu. Ja liczyłam, że znajdę coś dla siebie…
Mimo że nagabywania seksualne są w Strefie zabronione regulaminem, nie wyrzucono mnie z serwisu. Dwa tygodnie szukałam przyszłego męża. Zaprzestałam, gdy zebrałam dwunastu apostołów chcących wejść ze mną do raju przed ślubem. Żeby umówili się ze mną na zakazany seks, wystarczyło zdjęcie i kilka wiadomości, w których łechtałam ich zakompleksione męskości. Bo w gruncie rzeczy Strefa Ludzi z Wartościami składa się z osób normalnych, które chciałyby pobzykać, a sądzą, że dzięki otoczce religijnej ich notowania rosną, gdyż wzbudzają oni większe zaufanie.
Imiona adoratorów zostały zmienione.
Autor: Malina Błańska
Źródło: Tygodnik „NIE”

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz