Wolska, 09 stycznia 2011
Wiemy już, że 10 kwietnia nie było awarii samolotu, nie wybuchła bomba, nie było meaconingu, nie było sztucznej mgły, feralna brzoza nie była specjalnie zasadzona, pilot znał prawidłowe ciśnienie na Siewiernym, nie było ruskiego magnesu, nie było dobijania rannych (przy przeciążeniu 100g w momencie katastrofy nie było żywych do dobijania). Wszystkie te tezy lansowane przez pisowskie media i polityków w celu ukrycia prawdziwych przyczyn katastrofy nie znalazły potwierdzenia w faktach. Był za to durnoning. A na to nie ma lekarstwa.
Na życzenie Lecha Kaczyńskiego, który miał kłopoty z doświadczonymi pilotami i ścigał ich karnie i dyscyplinarnie za niewykonywanie jego poleceń podczas lotu (vide lot do Gruzji w 2008r), samolotem dowodził młody, świeżo awansowany kapitan. Gwarantowało to prezydentowi ze będzie bez przeszkód komenderował samolotem. Na pokładzie nie było rosyjskiego lidera-nawigatora bo zrezygnowała z jego usług strona polska wystosowując formalne pismo do Rosjan że załoga zna rosyjski język i procedury. Start zaplanowano na 06.00, jednak kancelaria prezydenta, aby się lepiej wyspał, przesunęła go na 07.00.
Kapitan Protasiuk początkowo odmówił startu, gdyż nie otrzymał prognozy pogody ze stacji meteo. Start wymusił jednak gen. Błasik i to on a nie dowódca samolotu zameldował prezydentowi o gotowości samolotu do startu. Jest to ingerencja w kompetencje kapitana i naruszenie procedury. Ostatecznie samolot wystartował o 07.27.
W trakcie lotu, kontroler z lotniska polowego Siewiernyj dwukrotnie, zupełnie jednoznacznie poinformował załogę ze nie ma warunków do lądowania i zasugerował jej udanie się na lotnisko zapasowe. Wiemy tez ze pilot czekał na decyzje prezydenta, poinformowanego o sytuacji /pośredniczył dyr. Kazana/. W tym czasie prezydent kontaktował się z Jarosławem Kaczyńskim. Sprawa była poważna bo początek uroczystości i transmisje TV zaplanowano na 09.30 i miał to jednocześnie być triumfalny początek kampanii wyborczej Lecha. Z pewnością nie mogła się ona rozpocząć od lądowania na lotnisku zapasowym w Witebsku u Łukaszenki.
Jaka była decyzja możemy wywnioskować po obecności gen. Błasika w kokpicie i po tym ze pilot podjął próbę lądowania /wypuszczone podwozie/ wbrew przepisom i zdrowemu rozsądkowi. Nie było też formalnej zgody na lądowanie z wieży kontrolnej lotniska. Generał Błasik wydawał pojedyncze komendy podczas lądowania, zamiast go zabronić, co wynika ze stenogramu rozmów w kokpicie.
Załoga ignorowała ostrzeżenia Terrain ahead (Ziemia z przodu), i instrukcje Pull up !/Ciągnij w górę!/ nadawane automatycznie, bo była prawdopodobnie zajęta szukaniem kontaktu wzrokowego z ziemią.
W odległości 1-1,5km przed lotniskiem znajduje się 60 metrowej głębokości, szeroki na 300m jar co zmyliło pilota. Kontroler lotu zauważył ze samolot opada zbyt szybko - w ciągu 3,5 sekundy samolot obniżył się ze 100m do 50 - i wydal komendę: 101 gorizont, czyli nakaz przerwania lądowania. Prawdopodobnie jednak było już za późno, nie wiadomo też czy pilot zrozumiał komendę.
Kontrolerzy z Siewiernego (było ich trzech) zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa lecz bali się zamknąć lotnisko, kontaktowali się ze swoimi przełożonymi ale nie dostali jasnych instrukcji. Mieli na ten temat rozbieżne zdania. Wiedzieli, że odsyłając samolot prezydencki znanego z rusofobii L.Kaczyńskiego na zapasowe lotnisko, wywołają skandal międzynarodowy – bohaterski polski prezydent, któremu niestraszna mgła i prymitywne lotnisko, niedopuszczony na uroczystości katyńskie przez Rosjan !
Pozostały przy życiu Lech Kaczyński i jego dwór z pewnością wykorzystaliby tę okazje do antyrosyjskiej kampanii oszczerstw a ich zbawcy staliby się kozłami ofiarnymi i ponieśliby konsekwencje służbowe. Wszak kilkadziesiąt minut wcześniej Jak-40 wylądował , zresztą w lepszych warunkach, choć poniżej wymaganego minimum i bez formalnej zgody z wieży kontrolnej (!)
Generalnie zarówno załoga samolotu jak i kontrolerzy mieli do wyboru albo postępować racjonalnie i ponieść konsekwencje służbowe albo poddać się presji zadufanych w sobie ignorantów na najwyższych stanowiskach. Rezultat znamy.
Po katastrofie prezes PiS, Jarosław Kaczyński używa wszelkich wpływów aby narzucić opinii publicznej kłamliwą wersję o spisku Tuska z Putinem i męczeńskiej śmierci prezydenta.
Chodzi o odwrócenie uwagi od kompromitujących braci rzeczywistych przyczyn katastrofy i nadanie rysu heroizmu śmierci Lecha Kaczyćskiego, co wraz z Wawelem ma położyć podwaliny jego przyszłej legendy. Jeżeli fakty na to nie pozwalają to tym gorzej dla faktów.
Dodajmy, że razem z prezydentem zginęło 95 innych osób, których nikt o zdanie nie pytał.
Na życzenie Lecha Kaczyńskiego, który miał kłopoty z doświadczonymi pilotami i ścigał ich karnie i dyscyplinarnie za niewykonywanie jego poleceń podczas lotu (vide lot do Gruzji w 2008r), samolotem dowodził młody, świeżo awansowany kapitan. Gwarantowało to prezydentowi ze będzie bez przeszkód komenderował samolotem. Na pokładzie nie było rosyjskiego lidera-nawigatora bo zrezygnowała z jego usług strona polska wystosowując formalne pismo do Rosjan że załoga zna rosyjski język i procedury. Start zaplanowano na 06.00, jednak kancelaria prezydenta, aby się lepiej wyspał, przesunęła go na 07.00.
Kapitan Protasiuk początkowo odmówił startu, gdyż nie otrzymał prognozy pogody ze stacji meteo. Start wymusił jednak gen. Błasik i to on a nie dowódca samolotu zameldował prezydentowi o gotowości samolotu do startu. Jest to ingerencja w kompetencje kapitana i naruszenie procedury. Ostatecznie samolot wystartował o 07.27.
W trakcie lotu, kontroler z lotniska polowego Siewiernyj dwukrotnie, zupełnie jednoznacznie poinformował załogę ze nie ma warunków do lądowania i zasugerował jej udanie się na lotnisko zapasowe. Wiemy tez ze pilot czekał na decyzje prezydenta, poinformowanego o sytuacji /pośredniczył dyr. Kazana/. W tym czasie prezydent kontaktował się z Jarosławem Kaczyńskim. Sprawa była poważna bo początek uroczystości i transmisje TV zaplanowano na 09.30 i miał to jednocześnie być triumfalny początek kampanii wyborczej Lecha. Z pewnością nie mogła się ona rozpocząć od lądowania na lotnisku zapasowym w Witebsku u Łukaszenki.
Jaka była decyzja możemy wywnioskować po obecności gen. Błasika w kokpicie i po tym ze pilot podjął próbę lądowania /wypuszczone podwozie/ wbrew przepisom i zdrowemu rozsądkowi. Nie było też formalnej zgody na lądowanie z wieży kontrolnej lotniska. Generał Błasik wydawał pojedyncze komendy podczas lądowania, zamiast go zabronić, co wynika ze stenogramu rozmów w kokpicie.
Załoga ignorowała ostrzeżenia Terrain ahead (Ziemia z przodu), i instrukcje Pull up !/Ciągnij w górę!/ nadawane automatycznie, bo była prawdopodobnie zajęta szukaniem kontaktu wzrokowego z ziemią.
W odległości 1-1,5km przed lotniskiem znajduje się 60 metrowej głębokości, szeroki na 300m jar co zmyliło pilota. Kontroler lotu zauważył ze samolot opada zbyt szybko - w ciągu 3,5 sekundy samolot obniżył się ze 100m do 50 - i wydal komendę: 101 gorizont, czyli nakaz przerwania lądowania. Prawdopodobnie jednak było już za późno, nie wiadomo też czy pilot zrozumiał komendę.
Kontrolerzy z Siewiernego (było ich trzech) zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa lecz bali się zamknąć lotnisko, kontaktowali się ze swoimi przełożonymi ale nie dostali jasnych instrukcji. Mieli na ten temat rozbieżne zdania. Wiedzieli, że odsyłając samolot prezydencki znanego z rusofobii L.Kaczyńskiego na zapasowe lotnisko, wywołają skandal międzynarodowy – bohaterski polski prezydent, któremu niestraszna mgła i prymitywne lotnisko, niedopuszczony na uroczystości katyńskie przez Rosjan !
Pozostały przy życiu Lech Kaczyński i jego dwór z pewnością wykorzystaliby tę okazje do antyrosyjskiej kampanii oszczerstw a ich zbawcy staliby się kozłami ofiarnymi i ponieśliby konsekwencje służbowe. Wszak kilkadziesiąt minut wcześniej Jak-40 wylądował , zresztą w lepszych warunkach, choć poniżej wymaganego minimum i bez formalnej zgody z wieży kontrolnej (!)
Generalnie zarówno załoga samolotu jak i kontrolerzy mieli do wyboru albo postępować racjonalnie i ponieść konsekwencje służbowe albo poddać się presji zadufanych w sobie ignorantów na najwyższych stanowiskach. Rezultat znamy.
Po katastrofie prezes PiS, Jarosław Kaczyński używa wszelkich wpływów aby narzucić opinii publicznej kłamliwą wersję o spisku Tuska z Putinem i męczeńskiej śmierci prezydenta.
Chodzi o odwrócenie uwagi od kompromitujących braci rzeczywistych przyczyn katastrofy i nadanie rysu heroizmu śmierci Lecha Kaczyćskiego, co wraz z Wawelem ma położyć podwaliny jego przyszłej legendy. Jeżeli fakty na to nie pozwalają to tym gorzej dla faktów.
Dodajmy, że razem z prezydentem zginęło 95 innych osób, których nikt o zdanie nie pytał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz